Ketoza #5 – O uproszczeniach

Normalny jest wzrost zainteresowania danym tematem. Normalne jest zwiększenie przepływu informacji na dany temat. Normalny jest wzrost przeciwstawnych wniosków, nieporozumień i wątpliwości od nadmiaru tych informacji. Normalne jest zmienianie perspektyw w miarę (samo)rozwoju, tak jak zresztą zmienia (czyli ulepsza) się nauka.

Normalne jest opublikowanie poniższego wpisu, którego celem jest przynajmniej częściowe odciążenie percepcji tych z Was, którzy postanowili śledzić (nie tylko) moją działalność względem, między innymi, ketozy.

Aby zmniejszyć nieporozumienia i zwiększyć komfort przepływu informacji, skrystalizuję kilka postulatów, aby było łatwiej uchwycić clue. Będzie trochę z pazurem.

 

1. OLEJ KOKOSOWY I TŁUSZCZE NASYCONE

NIE: nie zachęcam, ani nie uważam, ani nie naciskam ani siebie, ani innych do wprowadzania w swój organizm horrendalnych ilości oleju kokosowego ani w ciągu dnia, ani jednorazowo.

Nie dotyczy to również tłuszczów nasyconych na zasadzie uznawania ich za jakkolwiek ważniejsze od wielonienasyconych.


TAK: stosuję i uważam, że jeśli ktoś po prostu lubi, to nie rozumiem dlaczego nie może stosować w niewielkich i rozsądnych ilościach – i tyle. 

Tak, uważam, że tłuszcze nasycone w keto zachowują się trochę inaczej, niż na nie-keto (w tym sensie, że badania żywieniowe prowadzone na nasyconych na osobach nie-w-keto, nie do końca powinny być odnoszone do osób na ketozie, ponieważ samo łączenie ich z węglowodanami już zmienia postać rzeczy),  ale przede wszystkim podkreślam od lat, że kluczowe jest odpowiednie spożycie tłuszczów wielonienasyconych.

Praktyka pokazuje również, że im bardziej dieta jest wysoko-tłuszczowa, tym większe znaczenie ma utrzymanie odpowiedniej podaży omega-3 i pilnowanie, by nie przekraczać omega-6.

Praktyka jednakże przypomina nam o personalizacji, ponieważ w przypadku predyspozycji genetycznych, które powodują niekorzystne reagowanie na wielonienasycone (np. SNP Apo A1), należy te informacje odpowiednio zmodyfikować.

 

2. BULLETPROOF JAKO AWATAR KETOZY

NIE: nie uważam, że bulletproof jest jakimkolwiek sztandarem ketozy, ani że każdy powinien, bądź musi, bądź jest skazany na jego używanie, jeśli jest w ketozie.

Szczególnie NIE, kiedy jesteśmy na niskich kaloriach i musimy zmieścić odżywczość w małej objętości energetycznej, ponieważ w stosunku do prawdziwego posiłku, BPC to zazwyczaj praktycznie puste kalorie.


TAK: jest popularny, jest fajny, smaczny i w ogóle; może być pewną mini-dźwignią kaloryczną, wrzuconą gdzieś funkcyjnie, np. przed treningiem, o ile dana osoba używa go, że tak powiem, normalnie. I tyle.

 

3. WĘGLE TO ZŁO

NIE: nie uważam, że węgle są złe. Nie uważam, że obcięcie węgli wszystko rozwiązuje. Nie uważam, że trzeba do końca życia pozostać na statycznej restrykcji węglowodanowej.

Równie dobrze mógłbym twierdzić, że do końca życia trzeba jeździć przez A2 do Warszawy… niezależnie od tego w jakiej części świata żyjemy i w jakim celu tam się wybieramy.


TAK: uważam, że węgle jedzone w złym czasie i w złych ilościach są złe (jak zresztą wszystko inne). 

Tak, uważam, że dieta ketogeniczna może być użyta (samodzielnie lub nie) jako terapia metaboliczna i po upływie odpowiedniej ilości czasu (jeśli jest robiona prawidłowo), można zwiększać ponownie podaż węgli, ale nie po to, bo są niezbędne i nie po to, by ponownie narobić sobie problemów. 

A jeśli ktoś wprowadza węgle – to dlatego, że tak chce, a nie dlatego, że ketoza to g*wno (dlatego często nie lubią mnie ani puryści, ani newschool’owcy, bo dochodzi do sytuacji, że nie zgadzam się z ani jedną, ani drugą perspektywą, choć i tak bliżej mi do tych pierwszych, bo jeszcze pół-biedy, gdyby to ponowne podnoszenie węgli pochodziło ze zdrowych, organicznych źródeł, a nie z pizzy, piwa i batonów). 

Powodem bycia nielubianym przez pewną część keto-zwolenników jest to, że uważam, że dieta ketogeniczna i ketoza to nie to samo; operuję definicjami, które dla nich są aberracją, a dla mnie jest to po prostu wynik niechęci do uproszczonego podejścia do życia, które rodzi potrzebę przemyślenia używanych słów.

Dieta ketogeniczna i ketoza to nie to samo; można jeść węgle i być w ketozie; ketoza to nie dziedzina magii, stojąca obok nekromancji, a raczej kolejne narzędzie w skrzyni fachowca, którym do pewnego stopnia powinien być każdy z nas, jeśli chcemy mieć zdrowe i świadome społeczeństwo.

 

4. TYLKO (I POPRZEZ) KETO

NIE: nie uważam, że zdrowe mitochondria, palenie tłuszczu (fat burning state), autofagia i jakiekolwiek inne procesy na świecie i we wszechświecie zachodzą tylko i wyłącznie u osób, które są w ketozie. 

Nie, nie uważam, że osoby w ketozie są lepsze od innych. 

Nie, nie uważam, że żeby ktokolwiek miał w ogóle prawo interesować się innymi tematami – musi najpierw wejść w keto i pozostać w keto. Czujecie jak to absurdalnie w ogóle brzmi?

Są osoby w keto, które mają upośledzone palenie tłuszczu i są też tacy, którzy lecą na high-carbie, a fat-burning-state jest u nich nakręcony lepiej, niż u niejednego ketogenika.

Przykro mi, ale nie gromadzę armii Uruk-Fat do podboju Śródziemia.

Praca, której poświęcam czas służy temu, by przestać gromadzić się w armie przeciwko sobie, a zacząć myśleć indywidualnie.

 

TAK: uważam, że ketoza jest bardzo ciekawym stanem, daje ciekawe konsekwencje na pułapie mitochondrialnym, nerwowym, metabolicznym, epigenetycznym, etc. 

Tak, uważam, że ketoza może wspomóc i ułatwić poznawanie i optymalizowanie pozostałych zagadnień (takich jak np. beta, czy omega oksydacja). 

Tak, książka, grupa, blog, strona na fb – wszystko to zostało stworzone dla ludzi, którzy są tym samodzielnie i wewnętrznie zainteresowani.

Nie po to, by szkolić armię.

Nie po to, by dokładać cegiełkę nienawiści, ignorancji i strachu do tej naukowo-celebryckiej struktury, zwanej “branżą”, gdzie ludzie szydzący z religii, sami nie widzą tego, jak przekształcają naukę w religię.

 

5. MITOCHONDRIA, KUŹWA!

NIE: nie uważam, że wszyscy muszą poznać fizykę kwantową; że każdy musi wchodzić do zimnej wody; że każdy musi pilnować rytmu dobowego i że trzeba się ze mną zgadzać, opowiadając dziewczynie na imprezie o czerwonych okularach, jakie widzi na twarzy swojego adoratora. 

Serio mam gdzieś to, czy/co/kto się ze mną zgadza, czy nie.

Tylko dzięki takiej formie egoizmu możemy zachować zdrowy dystans względem samych siebie, dlatego i względem hejtu i względem pozytywnych opinii i reakcji – pozostaję w jednakowym dystansie i nie robię tego ze względu na hejt lub pozytywny feedback.

To miłe, jeśli komuś się to podoba; to miłe, że ktoś to stosuje; to miłe, że ktoś wspiera – ale to wszystko powinno pozostać skutkiem działań, a nie stać się ich przyczyną.

Chcąc być do końca transparentnym, powyższa wypowiedź nie jest li tylko wyrazem osobistych odczuć, ale także nawiązaniem do aspektu, który coraz częściej podnosimy, czyli do higieny psychicznej, której układ odpornościowy jest niemniej ważny.

TAK: to, co robię – adresuję wyłącznie do osób, które są tym zainteresowane.

Są rzeczy ważne i ważniejsze; ketoza to jeden z elementów składających się na dużo większy obraz (na który składa się około 5 obszarów).

Zanim jednak opiszę cały obraz, minie naprawdę sporo czasu, dlatego, jak mawiają amerykanie, enjoy the process.

 

6. KETONY WE KRWI

NIE: nie uważam, że ketonemia jest najważniejszym wskaźnikiem określającym stan ketozy (ani pod kątem jego stopnia, ani pod kątem samego faktu bycia lub nie-bycia w ketozie). 

Ketonemia nie jest dla mnie czymś bardzo wiarygodnym.

Gdybyśmy badali poziom ketonów wewnątrzkomórkowo albo poziom ketonów w płynie mózgowo-rdzeniowym, albo z biopsji mózgu… (?) – wtedy tak, byłoby to jakkolwiek wiarygodne. Ale nie z palca, nie we fluktuacji dobowej, nie na glukometrach, które mogą (choć nie muszą) być wadliwe.

Ba, nawet gdybyśmy badali gęstość i aktywność enzymów ketolitycznych i mierzyli ich RNA w komórce – to cały czas nie będzie do końca precyzyjny wskaźnik. 

Dlatego też wszystkie przypadki – oprócz ketozy klinicznej, gdzie monitorowanie GKI jest bezpośrednio uzasadnione – nie uważam, że powinno się definiować keto przez wynik ketonów na glukometrze.

TAK: jakiś tam wynik na tym glukometrze może coś sugerować, ale więcej nie znaczy lepiej; więcej nie znaczy – palę więcej tłuszczu; więcej nie znaczy – lepsza ketoza. 

Podążanie za tym wynikiem może podświadomie skończyć się tym, że zaczniemy fiksować na punkcie ketonemii i jak nie zobaczymy 5 mmol/l – wpadniemy w depresję. Absurd.

Jeden będzie mieć 0.7, inny 6.4 – i jeden i drugi będzie korzystał z ketonów.

Trzeba wziąć pod uwagę, że poza wszystkimi popularnymi czynnikami, dochodzą jeszcze indywidualne predyspozycje genetyczne.

Nie zrozumcie mnie źle. 

Ja rozumiem, że lubimy cyferki i korci nas zmierzenie tych ketonów na glukometrze.

Dopamina i te sprawy, prawda?

Śmiało, mierzcie – przestrzegam tylko: uważajcie, by nie wpaść w pułapkę.

 

7. KETO FOR LIFETIME!

NIE: nie uważam, że jak ktoś raz wejdzie w keto, to już koniecznie musi w niej pozostać. Ale nie uważam też, że z ketozy TRZEBA wyjść, bo coś-tam.

TAK: myślę, że warto sobie po prostu spróbować przygody z keto.

Się spodoba – to fajnie.

Się nie spodoba – to też fajnie, bo sprawdziliśmy to. 

Jak użyjemy keto tylko jako tymczasowej formy rehabilitacji metabolizmu, aby powrócić do wyższych węgli – spoko.

Jak pozostaniemy na „głębszym” keto – spoko.

 

8. Złożoność

To, co w ketozie jest najlepsze, może jednocześnie być w niej „najgorsze”.

Najgorsze w sensie generowania tak dużej ilości nieporozumień.

Punktem zaczepienia jest to, że bardzo-bez-sensu jest, parafrazując, „to wszystko wina keto!” (czyli coś w stylu – było do dupy, przeszedłem na keto, miało być kolorowo, ale dalej jest do dupy… a jest do dupy, bo, hmm, może zajeżdżam się w tygodniu albo walczę z przewlekłą infekcją, a myślałem, że ketoza jest lekarstwem na wszystko, łącznie na głód w Afryce).

Najgorsze i najlepsze w ketozie jest to, że jest to zagadnienie niezwykle obszerne i otwarte, dające ogromną ilość możliwości i modyfikacji.

Najlepsze – kiedy dana osoba używa tego pola do popisu poprzez rozpoznawanie sygnałów organizmu i reagowanie na nie.

Najgorsze – kiedy dana osoba uważa, że ketoza to wynik sztywnych obliczeń.

Mam pewien „problem” słysząc, że ketoza zawodzi i nie wynika to z tego, że jestem fanatykiem ketozy.

Problem ten bierze się stąd, że jest to trochę tak, jakby powiedzieć, że woda mnie poparzyła.

Chodzi o to, że właściwości ciał ketonowych, zasady, na jakich działają mitochondria oraz podejście do diety – w kontekście ketozy posiadają charakter przeciwzapalny i regeneracyjny.

Lub mówiąc inaczej: mam problem ze zgodzeniem się z założeniem, że dane narzędzie zrobiło komuś krzywdę przez samą swoją naturę.

Zgodziłbym się raczej z tym, że narzędzie to zostało użyte nieumiejętnie lub niewłaściwie.

 

9. Wyjście z ketozy

Czyli byłem w ketozie i było do dupy, dopiero po powrocie do węgli coś ruszyło.

Dlaczego nieporozumienie:

1. Dlatego, że „być w ketozie” i „powrót do węgli” jest próbą zestawienia zupełnie dwóch różnych parametrów, należących do dwóch różnych kategorii.

Ketoza jest kategorią stanu, natomiast „powrót do węgli” jest kategorią obejmującą konfigurowanie swojej diety.

Dieta ketogeniczna to NIE ketoza, tylko element ketozy.

2. Dlatego, że ketoza nie wyklucza węgli.
Właściwa dieta ketogeniczna to taka, która jest skonfigurowana pod Ciebie, a nie taka, którą przeczytasz gdziekolwiek.

Jedyny warunek, odnoszący się uniwersalnie do wszystkich to to, by kierować się rozsądkiem, używać odpowiednich produktów, możliwie najmniej przetworzonych, a cała reszta nie tylko należy do ciebie – ona MUSI należeć do ciebie.

 

10. Za mało węgli

Brak/niedobór węgli.

Ponownie – ciężko jest mi zrozumieć zagrożenie (jakiekolwiek, choć jak dla mnie trochę „dziwne”) niedoboru węgli z ketozą.

Brak węgli to jedno, a stan, w którym masz podniesiony poziom BHB we krwi i którego używają Twoje komórki – to drugie. 

Jeśli mamy ten „niedobór węgli” to przecież można je sobie podnieść w takim stopniu i w taki sposób, by dalej używać BHB. Spróbujcie kiedyś zjeść 30, czy 50 g węgli z warzyw.

To wcale nie jest „mało”. 

Perorując jeszcze o błonniku – choćby nie wiem jak bardzo ktoś uważał błonnik za cudotwórczy i niezbędny związek – taka ilość warzyw dostarcza naprawdę dużo błonnika – i naprawdę dużo błonnika można mieć w keto.

Z tego też powodu nie bardzo przekonuje mnie argument w stylu: brak węgli jest groźny, dlatego ketoza jest groźna.

Nie ma to żadnego przełożenia ani na ketozę per se, ani na praktykowanie ketozy w życiu codziennym.

Lubimy mówić o zagrożeniu, które wynika z restrykcji węglowodanowej w przypadku hipoleptynemii.

Owszem, zgadzam się, że tutaj trzeba się mieć na baczności.

I zastanowić się nad tym, czy w ogóle to będzie dobry moment na dietę ketogeniczną w pierwszej kolejności.

 

NeoPaleo

(1) Wtedy, gdy się zajeżdżamy w imię formy plażowej.

(2) Wtedy, gdy myślimy, że ketoza jest czymś strasznie trudnym i skomplikowanym i restrykcyjnym, gdy w rzeczywistości jest synonimem słowa „uproszczenie” i „wolność”, choć potrzeba trochę czasu, by sobie to uświadomić.

(3) Wtedy, gdy nawiązujemy dziwną relację ze swoim ciałem i popadamy w panikę rangi awarii Fukushimy, jeśli w danym dniu zjedliśmy kawałek czekolady, czując dodatkową potrzebę ubiczowania siebie lub low-carb’u gdzieś publicznie na portalach społecznościowych.

Masz możliwość:

1. Konfigurować swój rytm dobowy.

2. Konfigurować swoją aktywność.

3. Konfigurować swoje makro.

4. Konfigurować swoje otoczenie [światło, temperatura, EM, itd.].

5. Konfigurować swoją suplementację.

6. Konfigurować swoje nastawienie.

7. Konfigurować swoje cele.

 

I masz możliwość konfigurować to wszystko w taki sposób, by posiadać możliwość używania BHB.

 

Dobrze jest mieć możliwość.